Ayutthaya – narodowy skarb Tajlandii

Siedzimy sobie właśnie w samolocie do Chiang Mai na północy kraju. Czas pożegnać się z Bangkokiem i jego okolicami, przynajmniej na razie.

Ostatnim punktem naszego programu przed ruszeniem dalej jest Ayutthaya. Miasto, które przez około 400 lat było stolicą Tajlandii, położone jest 2 godziny jazdy pociągiem na północ od Bangkoku.

Jako, że dziś rano mieliśmy lot, to dzień wczorajszy zaczęliśmy od przeprowadzki do hotelu położonego blisko lotniska Don Muang. Pojechaliśmy tam pociagiem. Oczywiście nie obyło się bez problemów 🙂 Okazało się, że bardzo trudno złapać taksówkę, która wiedziałaby, gdzie jest nasz hotel. Zapytaliśmy przypadkową Tajkę. Co prawda ona nie mówiła po angielsku, ale zadzwoniła po koleżankę, która mówiła i która ostatecznie postanowiła nas sama podrzucić. Tajowie są fajni 🙂

Zostawiliśmy bagaże i korzystając ze skuter-taxi wróciliśmy na dworzec, aby kontynuować podróż.
Na miejscu skorzystaliśmy z porady przewodnika oraz opinii w internecie i wypozyczylismy rowery. I to jednak nie był najlepszy pomysł.
Zacznę od tego, że samo miasto nas rozczarowało. Ruiny świątyń były oczywiście bardzo ładne, ale jak kilka dni wcześniej zwiedziło się Angkor to już ciężko o coś lepszego. Polecamy odwrotną kolejność zwiedzania 🙂
Dodatkowo wszystkie ruiny są w otoczeniu nowoczesnego miasta w dość sporych odległościach. Przy ponad 40 stopniowym upale, jeżdżenie rowerem po mieście nie jest wakacyjnym marzeniem. Powinniśmy byli wynająć tuk-tuka i mieć spokój.

Pomijając tych kilka niedogodności, dawna stolica Tajlandii ma swój niepowtarzalny urok.
Sami zobaczcie 🙂

No i te lody. Własnej roboty lody z owoców, o których w życiu nie słyszeliśmy i raczej są małe szanse, żeby dostać je w Polsce.
Konkretnie to taro


i pandanus.

Pycha!

Najważniejsze miejsca można spokojnie w 4-5 godzin zobaczyć, dlatego, nie będąc pod ogromnym zachwytem, planowany był wcześniejszy powrót i odpoczynek przed wczesnym odlotem nazajutrz. A to sobie na trawce polezelismy w cieniu Wat Chai Wattanaram, a to słonie maszerowały przez rondo, a to jakiś „pływający” rynek znaleźliśmy, i tym sposobem wracaliśmy ostatnim pociągiem o 18:47.

Podróż powrotna miala trwać godzinę, ale po drodze mieliśmy jakąś awarię i wyszło 45 minut dłużej. Najgorsze, że popsuło się zaraz przed naszą stacją. Najfajniejsze, że nikt się nie denerwował, nikt nie komentował, wszyscy spokojnie siedzieli (lub stali) jakby nigdy nic.
Tajowie pod tym względem są lepsi od Włochów. Nigdzie się nie śpieszy, pełen luz.

Lądujemy. Przed nami 5 dni na bajecznej północy. Zapowiada się pysznie.

P.