Cinque Terre – spokojna Corniglia i morskie Monterosso

Każdy wyjazd niesie ze sobą pewne obawy. Tutaj mieliśmy wyłącznie pogodowe obawy 🙂 Ta jednak była IDEALNA! Lepszej mieć nie mogliśmy.

Jako, że Cinque Terre słynie ze swoich szlaków pomiędzy pięcioma miejscowościami i my postanowiliśmy nieco pochodzić, pierwszy cel jaki obraliśmy to Corniglia. Nie podam liczbowych odległości, nie wiem, ile to km z San Bernardino. Wiem, że przez własną głupotę wybraliśmy lepszy kierunek idąc droga samochodową. Dzień był dość gorący, my nie zauważyliśmy czerwonego szlaku kierującego się na szczyt wzgórza, oszczędzając tym samym sobie siły i czasu. Jak się okazało w te stronę jest nieco trudniej, niż idąc z Corniglii do Vernazzy przez San Bernardino ze względu na przewyższenia, strome podejścia.

My spokojnie, tuptaliśmy sobie w cieniu drogą asfaltową ze śpiącym Piotrkiem na plecach. Dotarliśmy do celu, Corniglii. Wiem, że każdy ma swoje preferencje, ale muszę Wam się przyznać, że to moje ulubione miasteczko z pięciu. Wysoko położone, niezbyt tłoczne w mieście, pyszne jedzenie w kameralnej restauracji, przepyszne lody. Ależ się tu usmialiśmy. Nasz syn wariował z ekspedientem, który btw przypominał mi kogoś, aktora. Może Wam też?

Następnie złapaliśmy pociąg do Monterosso, gdzie chcieliśmy nieco odpocząć na plaży.

Dzień wcześniej kupiliśmy Cinque Terre card. Byliśmy całkowicie pewni, że są to dwudniowe bilety. Myliliśmy się. Jak się jednak okazało, w naszym przypadku nie miało to znaczenia. Dzienna karta, która uprawnia do przejazdów pociągami i korzystania darmowego z miejskich toalet kosztuje 16€. Z kolei jednorazowy bilet na przejazd pociągiem 4€. Od osoby rzecz jasna. Nasza liczba przejazdów nie wynosiła jednak 4, a 3, plus bilet na autobus do San Bernardino i drugiego dnia wydaliśmy 13,5€. 13,5+16=29,5€,czyli mniej więcej tyle, ile dwudniowe cinque terre card.

Kamienista, co w sumie odpowiadało naszemu synowi, plaża i dość późna godzina sprawiły, że zdecydowaliśmy się na krótki odpoczynek. Paweł się ochłodził w morzu, ja z Piotrkiem powrzucałam kamienie z plaży do morza i ruszyliśmy zdobywać miasto. Okolica nas bardzo zaskoczyła. Nie spodziewaliśmy się tak pięknego widoku i przyjemnego spaceru w kierunku klasztoru.

Tego dnia wróciliśmy już do Vernazzy na kolację. Ograniczał nas ostatni autobus do naszego noclegu.

Wcześniej jednak odpoczeliśmy jeszcze sobie nad morzem w Vernazzy. Z głównego deptaku wystarczy przejść pod skałkami i nagle człowiek znajduje się na otwartej przestrzeni, oko w oko z wodą. Rewelacja! Polecam bardzo na chwilę wytchnienia.

Zdjęcia nawet nie są w stanie opisać tego, co zobaczyliśmy.