Doliny i skałki, czyli Wadi Shab

Nasza pierwsza noc pod namiotem – my z Pawłem po 3h snu tak bardzo marzyliśmy, by już się oddać w objęcia Morfeusza, tymczasem nasz syn był absolutnie wypoczęty – w końcu on w miarę nockę przespał, że zasnął chyba dopiero ok 22. Nie w głowach było nam wówczas pisanie wszelkie czy też aktualizowanie internetowej wiedzy.

Ostatecznie, trudy wieczornego usypiania zostały zrekompensowane przez widok, który nas zastał z rana (musimy się ogarnąć i w końcu rozbijać namiot o jasności). Przed nami znajdowały się cudownie białe kamienie z ukrytymi wsrod nich muszlami oraz czyściutkie morze. Piotrek nie usiedział w namiocie – wręcz dostał takiej torpedy, że w kilka sekund znalazł się przy wodzie, by móc powrzucać kamienie. My mieliśmy czas na ogarnięcie, Pawel pojechał na małe śniadaniowe zakupy, gdy wrócił, można było przygotować biwakowe śniadanie.

Tym właśnie pięknym akcentem, śniadaniem z widokiem na morze rozpoczęliśmy nasz pierwszy dzień bez prysznica 😛

Pierwotne plany na ten dzień zakładały dość długa trasę płaskowyżem, jednakże marzyliśmy o chwili oddechu, toteż udaliśmy się do Wadi, a dokładnie Wadi Ash Shab. Wadi to dokładniej dolina z rozciągającymi się różnorakimi formami skalnymi i wodą płynąca w jej wnętrzu.

Parking przed Wadi Shab jest całkowicie darmowy. Uwaga tylko na małych złodziejaszków, czyli kozy, które wkopały nam się do auta, dokopując się do kawy, a kolejne próbowały podwędzić nam banana, którego Paweł zdążył wyrwać z ust kozy 😛 Ja jestem większym cykorem, skłonna byłam oddać tego banana za swoje życie, na szczęście, mój mąż to bohater 🙂

Dotarcie do Wadi wymaga przepłyniecia łódka na drugą stronę. Taka przyjemność kosztuje 1rial od osoby. Za dziecko nie biorą. Z tego co doczytałam, nie zawsze znajduje się w tym miejscu woda, ale to zostawiam do potwierdzenia.

Chcąc dotrzeć do urokliwego zbiornika wodnego należy najpierw poświęcić jakieś 40minut na mały spacer. Nie wymaga to wielkich umiejętności ani przygotowania. Nie polecam przejścia w japonkach, gdyż niektóre skałki są dość śliskie. Nasze trekkingowe sandały spisały się wyśmienicie. Bywały momenty wraz z dość stromą ścianą graniczącą ze ścieżką , ale to tylko momenty. Czułam się jak w jakimś wąwozie. Wszystkie skały były takie ogromne, nie wiedziałam jak ustawić kadry, by móc złapać widok, który mnie tak zachwycał.

Nad samym zbiornikiem było sporo osób, turystów. Nie miałam zatem oporów, żeby kąpać się w samym stroju kąpielowym. Paweł skoczył na małą wyprawę, gdyż wymaga to nieco większych umiejętności pływania, niż „płynę, gdy czuje grunt pod nogami), tym samym odwiedzając jaskinie, do której można się dostać wyłącznie płynąc przez wąską szczelinę. My z juniorem w tym czasie odpoczywaliśmy.

Wróciliśmy do Tiwi, gdzie zjedliśmy naprawdę przepyszny obiad – m. in sharme, ryż biryani czy dal. Knajpa nazywała się restauracją , zapłaciliśmy za cały obiad na troje ok 35zl, sam budynek wygląd jednak co najwyżej na bar. Natomiast jedzenie rewelacyjne.

Udaliśmy się również na obiecany Piotrkowi plac zabaw. Wstępnie rozważaliśmy nawet nocleg na jego terenie, ale ostatecznie odpuscilismy dając szanse plaży w Tiwi, nie zrobiła na nas jednak aż takiego wrażenia i wróciliśmy na nocleg na dokładnie tę samą plażę, gdzie biwakowalismy dzień wczesniej.

Poznaliśmy przy okazji miłą grupę, dwa małżeństwa zwiedzający świat swoimi samochodami terenowymi, uzyskując nieco informacji i krem z filtrem, gdyż nasz został schowany przez Piotrka w szufladzie w Muscacie, a my zmeczeni ich nie sprawdzaliśmy. Nauczka dla nas.

Wieczór w namiocie był już totalnie inny – Piotrek uradowany, szczęśliwy, złakniony czytania książek. Tak właśnie padliśmy wszyscy.