Dookoła nic, czyli pustynia

Nocleg w guesthouse był wyśmienitym pomysłem. Mogłam na spokojnie przygotować w kuchni omlet, zatem śniadanie było niczym w domu. Zresztą, omanczycy wielokrotnie mi to powtarzali, że mam się czuć jak w domu.

Przed odjazdem na pustynie zdecydowaliśmy się powrócić na miejsce i ocenić, czy wybór noclegu w hotelu był dobrym pomysłem. Wizyta potwierdziła nasz wybór. Sporo kamieni, nierówny teren, było dość wietrznie. Więcej argumentów chyba nie trzeba.

Za rekomendacjami wlasciciela guesthouse udaliśmy się na małą pobliska plaże. Rzekomo rano leżał tam jeszcze zmarły żółw. Nie spotkaliśmy go, z kolei było sporo dziur, dołów przez żółwie zrobionych wraz ze skorupami jaj, do których jakieś ptaki prawdopodobnie zdążyły się dobrać.


Po małym odpoczynku na plaży wyruszyliśmy w drogę w kierunku Wahiba Sands. Droga z Raz al Jinz zajęła jakieś 2h. Jeszcze przed Al Mintrab zatrzymaliśmy się na mały obiad. Nie był tak pyszny jak dnia poprzedniego, ale naprawdę przyzwoicie. Zaskakująco dobra rybka z chrupiąca skórka i świetna marynatą. Byliśmy zatem gotowi.

Na Wahiba Sands postanowiliśmy nocowac na campie u beduinow. Dojechaliśmy do dokładnie wyznaczonego miejsca wjazdu na pustynie. Pozostaje tylko spuscic powietrze z opon,z czym mój mąż poradził sobie wyśmienicie i możemy jechać. Google maps wskazywały 2,5h,w rzeczywistości było to jakieś 20minut. Droga jest tarka, o ile sie z niej nie zboczy, jak my, zatem samochód spokojnie sobie poradzi.

Dzięki małej pomyłce Pawła (zbyt szybko kliknął rezerwuj na booking) nocowalismy w Beduin Rustic Camp. To było najprawdopodobniej przeznaczenie! Przywitano nas kawka, herbatka, daktylami, woda. Najpierw krótka rozmowa i dopiero mogli wskazać nam pokój. Cena – 450zl, w tym kolacja i śniadanie.

Dodatkowo zamówiliśmy przejażdżkę 30 minutową po wydmach. Piotrek u mnie na kolanach, Pawel obok kierowcy i ruszyliśmy. Młody Omanczyk za kierownicą, który podpytany powiedział, że zaczal jeździć mając 7 lat, na pustyni właśnie. Trzeba być naprawdę niezłym kierowca, żeby tak manewrować na wydmach. Zjeżdżaliśmy tyłem po tych sypkich piaskach, szybko w górę, co niezwykle radowało Piotrka, ja z kolei miałam strach w oczach. W każdym razie – warto było wydać te dodatkowe 200zl.

Wysiedliśmy na szczycie wydm, by podziwiać zachod słońca, przy okazji wygłupiając się i zjeżdżając z wydm. Piasek mieliśmy dosłownie WSZĘDZIE!

Wieczorem właściciel campu przyodział nas w tradycyjne beduinskie stroje i uczył nas tańczyć. Piotras dość głodny, tańczył z nami na rękach. Na szczęście zdołał się ostatecznie przekonać do ubioru i wyglądał w nim oblednie:) po tańcach czekała już na nas kolacja. Było przepysznie – mnóstwo jedzenia do wyboru – ryż, curry, jagnięcina, rosół, kurczak, hummus, chlebek. Wszystko zjedliśmy na podłodze, co ucieszylo najmłodszego członka naszej trzyosobowej załogi.

Na koniec przygotowano jeszcze ognisko, przy którym właściciel opowiadał swoją historię – miejsce, w którym się znajdowaliśmy to jego rodzinny dom, w którym się urodził. Pisać uczył się wykorzystując łopatkę wielbłąda, służyła jako „tablica”. Przytoczył też kilka ciekawostek dotyczacych wielbłądów – jak są wykorzystywane, ich skóra czy kości, oraz, że są hodowane również jako wyścigowe i taki wyścigowy wielbłąd może kosztować nawet 500tys euro!

Mimo, iż po zachodzie słońca wzięliśmy prysznic, to kładliśmy się z piaskiem. Nadal, mieliśmy go po prostu WSZĘDZIE 🙂