Kraków nigdy się nie nudzi

Czy wspominałam juz, ze nie mamy szczęścia na wyjazdach w Polskę? 😛

Prawdę mówiąc, było blisko, by i wyjazd do Krakowa się nie odbył, podobnie jak Karpacz. Niespodziewanie Piotrek złapał jelitówkę w żłobku, ja od niego dzień przed wyjazdem. Paweł już w Krakowie był w tym czasie, więc go kryzys ominął wtedy.

Na szczęście w piątek rano udało mi się dojść jakoś do ładu i zdecydowałam się lecieć z Piotrkiem do Krakowa. W końcu, młody tęsknił już ogromnie za tata.

Nie, nie przekręciliście nic, leciałam z Piotrkiem do Krakowa. Najpierw do Warszawy, potem do Krakowa. Nie odważylam się na samotną podróż z energicznym 16miesięczniakiem 5h w pociągu.

Byłam niezwykle zaskoczona ileż ludzi mi pomagało. A to przenieść wózek, a to przepuścili gdzieś. Rewelacja. Dziękuję tym wszystkim uprzejmym osobom. Ponadto, jestem z siebie dumna, że mimo iż loty niezbyt długie, to słaba, po kryzysowej nocy, dałam radę. 🙂

Piotrka jelitówka zmęczyła wyłącznie jednego poranka, mnie za to ból żołądka trzymał dobry tydzień. Zatem Kraków, choć piękny i cudowny, nie wykorzystałam tego czasu tak jak zwykle to robimy. Mimo wszystko udało nam się zobaczyć parę ciekawych miejsc.

W sobotę udaliśmy się do Doliny Chochołowskiej. Chcieliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza. Cóż, w Krakowie o świeże powietrze dość ciężko. Pierwotnie plan zakładał, że to Paweł będzie niósł Piotrasa na plecach. Syn zdecydował inaczej. Niestety. Także, 2h na plecach w jedną i jakieś 1,5h drogi powrotnej z Piotrkiem na plecach i brzuchu. Udało nam się do schroniska dotrzeć, gdy zaczynało padać. Ogromna ulewa zatem przemknęła, gdy sobie spokojnie szamaliśmy schroniskowa zupę i szarlotkę. Wstrzymywaliśmy się przed powrotem, gdyż kapuśniaczek uniemożliwiał nam wyjście. Zakupiliśmy 3 płaszcze, przyodzialiśmy je tak, by na Piotrka nie napadało i ruszyliśmy do auta. Padało w sumie chwilkę. Sam spacer niezwykle przyjemny. Dzień zakończyliśmy pstrągiem z pieczonymi ziemniakami na Krupówkach. Piotrek z kolei raczył się pierogami z bryndzą.

W niedzielę mieliśmy rezerwację na zwiedzanie Wawelu. Rezerwacja telefoniczna czy mailowa kosztuje dodatkowe 16zl,ale przynajmniej ma się pewność wejścia do wybranych sal. My zdecydowaliśmy się na apartamenty królewskie i sale reprezentacyjne. Być może jestem nieobiektywna, ale na mnie nie zrobiło to piorunującego wrażenia. Mimo wszystko, zobaczyć warto.

Popołudnie spędziliśmy na Kazimierzu rozkoszując się kuchnia żydowska.

Wieczorem z kolei, za rekomendacja jednego ze spotykanych mieszkańców Krakowa, udaliśmy się do piekarni „mojego taty”. Świeżutki, pyszny, ciepły chleb, w niedzielę wieczorem. Do tego ręcznie robiony hummus w Amamusi, zakupiony na wynos. Pyszności! Polecam!

W poniedziałek Paweł pojechał na konferencję, zatem zostaliśmy z Piotrkiem sami w obcym mieście. Spacerowaliśmy po plantach, pobiegaliśmy po rynku, gdy nagle okazało się, że kręcone są właśnie sceny jednego z polskich seriali. Popatrzyliśmy chwilkę jak to wygląda backstage. Piotrek zachwycony wszystkimi zwierzętami świata, radośnie i spokojnie jadł pizze, gdyż co chwilę przejeżdżały obok nas konie. Może i cudnie ubrane, wygląda to olśniewająco, ale jakoś tak mnie to nie przekonuje i żal mi było tych biednych, ślicznych zwierząt.

To był nasz ostatni wieczór w Krakowie. Kolejnego dnia wróciliśmy już do domu. Nieco wcześniej niż planowaliśmy, bo jednak wirus Pawła nie ominął.

Może nie był to intensywny wyjazd. Choć jak się okazało, intensywniejszy niż zakładałam. Polecam Wam takie wyjazdy, krótkie, spokojne. Z dzieckiem, czy jeśli dzieci nie macie, we dwójkę. Takie wyjazdy pokazują, że najważniejsze to czas spędzony wspólnie.

K.