Londyn w 2 dni

Zawsze chciałam wyruszyć na 2-3 dniową wycieczkę do jednej z wybranych stolic Europy. Kiedy tak o tym już intensywnie myślałam i szukałam docelowego miejsca, nagle pojawiły się taniutkie loty proponowane przez Wizzair. Skorzystaliśmy z jednej z oferowanych promocji i zdecydowaliśmy się na Londyn.

Lot z Poznania mieliśmy po godzinie 6, w Luton byliśmy już po 7. Wraz z wcześniej wykupionymi biletami do centrum (wykupione na stronie easybus – niecałe 3 GBP za dwie osoby w jedną stronę) skierowaliśmy się na przystanek autobusowy. Jak się okazało, wyrobiliśmy się ponad godzinę przed terminem na bilecie. Na szczęście kierowca autobusu National Express (po kupieniu biletu spójrzcie czy nie widnieje na nim NX – to oznacza, że musicie skierować się na przystanek National Express, a nie EasyBus) przygarnął nas od razu.

W ten oto sposób już po godzinie 9 wylądowaliśmy w hostelu. Nie chcieliśmy wydawać majątku na nocleg, dlatego skorzystaliśmy z usług Smart Hyde Park Inn http://www.booking.com/hotel/gb/smart-hyde-park-inn.pl.html. Co najciekawsze, dwa noclegi w pokoju 20-osobowym wcale nie były takie straszne 🙂

Zaczynam zatem opowieść trasy z dnia pierwszego!

Przed wyjazdem wykupiliśmy przewodnik Berlitz Londyn Step by step. Mieliśmy zaledwie dwa dni, by nacieszyć oko londyńskim klimatem. Z tego powodu wybraliśmy kilka tras z przewodnika, które chcielibyśmy zobaczyć. Jesteśmy raczej fanami architektury, wczucia się w tętniące życiem miasto, aniżeli miłośnikami muzeów. Zatem opowieść ta o muzeach nie będzie.

Na początek – jeśli ktoś myśli, że nie da się Londynu zwiedzić pieszo, to informuję – da się 🙂

Trasę rozpoczęliśmy od Hyde Parku, zwyczajnie dlatego, że nocowaliśmy obok. Odwiedziliśmy pomnik Piotrusia Pana i radowaliśmy się uroczą, o dziwo nie-angielską pogodą.

 

Następnie przez Green Park udaliśmy się do pałacu Buckingham, gdzie akurat udało nam się natrafić na zmianę warty.

Kolejnym krokiem było dotarcie do upragnionego przez nas Big Bena. Oczywiście, udało się, jakżeby inaczej. Rzucilismy okiem na Londyn Eye, zwiedziliśmy również teren dookoła:

Jako, że nie zatrzymywaliśmy się w żadnych muzeach czy galeriach, okazało się, że zostało nam jeszcze trochę czasu. Nasze detektywistyczne myśli skierowały się ku Sherlockowi. Stopy zaprowadziły nas zatem do jego domu. A jakże. Nie po to naoglądaliśmy się tyle sezonów Sherlocka, żeby nie zobaczyć, gdzie ‚mieszkał’. 🙂 Wzięliśmy wizytówkę gościa, co by w kryzysowej sytuacji się z nim skontaktować i w końcu w niedalekiej odległości od Baker Street 221B skosztowaliśmy słynnego Fish&Chips z równie pysznym piwem.

Tak minął nam poranek i popołudnie, dzień 1.

Choć na wstępie wspominałam o nie tak najgorszej nocy w 20osobowym dormitorium, tak z rocznej perspektywy czasu, gdy „wygoda” zagościła w naszym życiu, stwierdzam, że wąchanie zapachu z cudzych butów o poranku nie było najwspanialszym doświadczeniem. Byliśmy chyba jedynymi osobami, które otwierały tam okno, a było zaledwie jedno! Cóż, mamy co wspominać 🙂

Śniadanie w hostelu nie było iście angielskie, kanapeczka z nutellą. Musieliśmy dopakować brzuszki. Spacer rozpoczęliśmy w ścisłym centrum Londynu. Ponownie przyjrzeliśmy się Big Benowi kierując się ku Teatrowi. W pobliżu, stoi stary pub „The anchor”, gdzie zatrzymaliśmy się na małe co nie co. Zwiedziliśmy pobliską katedrę i wymaszerowaliśmy do Borough Market. Nie kojarzę byśmy coś tam kupili, ale na pewno korzystaliśmy z form degustacyjnych. Przeszliśmy przez Tower Bridge na drugą stronę rzeki i po prostu spacerowaliśmy przy okazji trafiając na całkiem zacny występ szczudlarzy. Tak zakończył się poranek, popołudnie i noc dzień 2.

Dnia 3 udało nam się tylko zobaczyć Stację, na której to zwykło znajdować się gadające misie, Paddington Station. My nie znaleźliśmy. Pawłowi pewnie wystarczy jak ja mu gadam 🙂