Nieco pieprznie

Planowaliśmy się dziś nigdzie nie spieszyć. Życie w podróży z dzieckiem jednak weryfikuje różne rzeczy i pobudka dziś u nas nastała o 6:30 pomimo nastawionych budzikow na 9 ?

Zamówiliśmy w hotelu tuk-tuka, który za $25 miał spędzić z nami pół dnia. Na początek, tuż za granicami miasta, znajdują się pola solne. Khmerzy pobierają wodę z morza za pomocą sieci rur, nawadniają prostokątne pola, a następnie czekają, aż woda wyschnie by później zbierać sól, która pozostała na polu. Oczywiście sól przechodzi najpierw przez wszystkie oczyszania z gliny itd zanim trafi na sklepowe półki.

Naszym głównym kierunkiem było dziś La Plantation, a mianowicie farma pieprzu. Założona została przez parę – belga i francuzkę, którzy obecnie zatrudniają ok. 100 osób na pełen etat, finansują edukację 96 dzieci w pobliskiej szkole podstawowej. Niesamowici.

Dojazd stanowi tam wyzwanie dla błędnika. Podskakiwaliśmy co 2 sekundy, a co najlepsze Piotrek od razu na tych dziurach usnął. Do farmy dotarliśmy po 40 minutach dziurawej drogi.

Oprowadzanie po farmie jest całkowicie darmowe. Zaskakujące, prawda?

Czy wiedzieliście, że pieprz rośnie niczym winogrono? Pnie się po badylach, wysuszonych. W przeciwnym razie, gdyby te „słupy” nie były wyschnięte, pieprz pobierałby ich soki i zmieniłby smak.

Czerwony rodzaj pieprzu zrywany jest ręcznie i również ręcznie oddzielany. Według przewodnika ma początkowo nieco słodkawy smak, mam chyba inna definicje słodkości. Z tychże czerwonych ziarenek powstaje również pieprz biały, który jest czerwonym bez skorupki. Po prostu 🙂 zielone kuleczki, które były na gałązkach, po kilku dniach wysychają stając się pieprzem czarnym.

Ciekawostka! W ciągu jednego dnia, przez 8h, pracownik wyselekcjonuje około 1,5kg pieprzu. Zwinni Ci pracownicy 🙂

Na farmie rośnie również pieprz długi, ma bardzo intensywny smak. Wycieczka kończy się degustacją w typowo khmerskiej zabudowie. Próbowaliśmy zarówno, czerwonego, białego, czarnego, z solą, z kurkumą, pieprzu, dla nas i tak wygrał smak czerwonego.

Pieprz oryginalnie pochodzi z Indii. W Kampocie, ze względu na idealny klimat, bliskość morza i gór, rośnie najlepszy na świecie. Tak twierdził przewodnik 🙂

Na terenie farmy znajduje się również restauracja, gdzie można przekąsić zarówno khmerskie dania, jak i niewielki wybór zachodniego jedzenia. Nasz wybór to „nam krok” – coś na styl smażonych klusek śląskich.

W drodze powrotnej do miasta zahaczyliśmy jeszcze o Sekretne Jezioro. Docierając do końca drogi zauważyliśmy hamaki, garnki, jakieś szałasy, ale ani żywej duszy. Nasz kierowca uzmysłowił nas, że jest to restauracja! Otwierana dopiero weekendami, dla lokalsów, którzy przyjeżdżają nad jezioro odpocząć.

Dziś zdecydowaliśmy się wybrać do włoskiej knajpy Divino, aby nasz pierworodny najadł się europejskiego jedzenia. Knajpa prowadzona przez małżeństwo, włochów, którzy mieszkają tu już od 6 lat wraz z córeczkami. Ich kuchnia jest prawdziwie włoska, świeża, ale oparta na lokalnych produktach. Rewelacja.

Wróciliśmy do Cafe Espresso. Była 16:20. Jak się okazało kawiarnia zamykana jest w tygodniu o 16, także nasz syn tylko chwilę pobawił się dostępnymi dobrociami, zabraliśmy wczoraj pozostawione spodenki i ruszyliśmy na plac zabaw, przy promenadzie, który był tragiczny.

Nie dość, że pod jednym z małpich gajów spał jakiś bezdomny najprawdopodobniej, to na samych atrakcjach deski się ruszały, były dziury, także nie zabawliśmy tam zbyt długo i postanowiliśmy rozweselić nasze dziecko zabawką ze straganu i pizzą w Divino na kolację. Tak właśnie było. A ja padam na twarz.

Gorąco! 🙂