O jak… Oman!

Jeszcze parę miesięcy temu właśnie tym dla nas był Oman, jedynym krajem na literę O. Doskonale znany z gry Państwa Miasta, a jak Kasia rzuciła pomysł „hej, a może Oman” to szybko musiałem wejść na mapy i zorientować się, do jakiej części świata ta moja żonka chce lecieć. A więc jesteśmy, Azja południowo-zachodnia, półwysep arabski, na samym dole, nad morzem arabskim. Nieźle co? No OK, a bezpiecznie tam? Cywilizowany ten kraj? I to jeszcze jak! Jest tak bezpiecznie, że uznaliśmy ten wyjazd za idealną okazję na zapoznanie Piotrasa z namiotem. No tak, bo przecież wyjazd do egzotycznego kraju, w rejony których kompletnie nie znamy, do całkowicie innej kultury to za mało wrażeń 😉 Jak szaleć to szaleć, polecielismy pod namiot. Tutaj to sport narodowy, wszyscy biwakuja, sprzęt można kupić na każdym rogu i można się rozbijać na dziko. Nawet trzeba, bo coś takiego jak europejskie pole namiotowe nie funkcjonuje tutaj.

Pierwszy nocleg mieliśmy w hotelu, tak na rozruch po podróży. Mieliśmy w nim być ok godziny 24. Niestety kłopoty z samolotem i opóźniony lot z Warszawy sprawiły, że zamiast z Amsterdamu do Muscatu, lecielismy najpierw do Kuweitu i Bahrajnu, i w hotelu zlądowalismy o 6 rano. Piotras dał nam pospać ciut ponad 3 godziny, po czym zwarty i gotowy chciał śniadanie. Pierwszy dzień tak czy siak zawsze planujemy na luzie. A to jet lag, a to podróż męcząca albo mocna zmiana klimatu. Śniadanie, potem duże zakupy w Carefurze i jedziemy.

Jedziemy wypożyczony samochodem z napędem 4×4 (bo Oman to nie tylko namiot, ale i offroad) do pierwszej atrakcji, Bimmah Sinkhole. Po naszemu to taki duży lej krasowy, kiedyś to była jaskinia, dach się zawalił i mamy fajne jeziorko. Akurat przy nas ktoś skakał z samej góry. To całkiem popularna rozrywka, bo jeziorko ma 20m głębokości. W Poznaniu mówi się, że na Wildzie mieszka Szatan, a tutaj ma swój dom właśnie w Bimmah Sinkhole. A konkretnie to najgroźniejszy dżin, w których lokalsi wierzą. Do tego sami lokalsi nie są przekonani do gadki o lejach krasowych, bo dobrze wiedzą, że w to miejsce spadła gwiazda 😀

Po orzezwiajacej kąpieli ruszamy dalej, zaczyna się ściemniać, a tu namiot trzeba rozbić. Miejsce już opatrzone. Naszą pierwszą noc pod namiotem spędzamy na plaży, i to nie byle jakiej, bo bardzo popularnej, pięknie białej White Beach w Fins. Rewelacja!

P.