Pływające życie Kampong Phluk

Dzisiejszy dzień chcieliśmy by był lżejszy niż ostatnie. Przede wszystko ze względu na młodsza cześć ekipy. Zdecydowaliśmy się na wizytę w pływającej wiosce – Kampong Phluk.

Przed przyjazdem tutaj czytałam różne opinie. Jedni zachwyceni, inni zdecydowanie odradzali. Postanowiliśmy sami się przekonać.

Dzień zaczęliśmy wczesniej niż zwykle, gdyż na 9 mieliśmy umówionego tuk- tuka. Wybraliśmy te godzine, co by w cieniu na rzece przeżyć upał, a wrócić na drzemke juniora do pokoju.

Dojazd do miejsca, gdzie kupuje się bilety zajmuje jakąś godzinę. Bilet na rejs kosztuje 18$ od osoby. Cena stała. Tuk-tuk również kosztował nas 18$. Także całosc nie wychodzi najtaniej. Czy warto? Warto.

Dojeżdżamy do kontroli biletów. Do naszego tuk-tuka wsiada dwójka chłopaków, dzieci. Okazuje się, że starszy z nich będzie naszym sternikiem! Szok! Wygląda na jakieś 10 lat, jego brat na 7. Okazuje się, że mają 16 i 11 lat. Sami zobaczcie na zdjęciach. Uwierzylibyście?

Rejs statkiem trwa jakieś pół godziny, gdy doplywamy do restauracji na jeziorze. Tam chcą nas przekonać do rejsu mała łódka do pływającego lasu, ale ze względu na Piotrka rezygnujemy. Koszt takiej wyprawy to 10$ za dwie osoby, za łódkę w sumie. Zjadamy sajgonki i wracamy.

Miejscowość robi wrażenie. Uczucia mam jednakże mieszane. Bieda przeplatana z bogactwem świątyń i niektórych domostw jest niekiedy przerażająca. Domy zbudowane na palach, faktycznie w okresie deszczowym muszą pływać. Dość brudno, gliniasto, ludzie lowia ryby w blotnistej rzece, gdy my, płynąc, pstrykamy zdjęcia. Dziwne uczucie. W każdym razie wyprawa warta zobaczenia. Chociazby, żeby docenić to, co mamy.

Na koniec podróży nasz sternik stwierdził, że „możemy” dać napiwek. Subtelnie, nieprawdaż? W portfelu mieliśmy 2$ drobnych. Dla khmerow to dość spora kwota, chłopcy jednak nie byli zadowoleni.

Dla podróżujących z maluchami mogę powiedzieć tylko, że wycieczka jest ok, jeśli tylko nie macie nic przeciwko, że wrocicie brudni, cali w kurzu. Po powrocie konieczny prysznic i zmiana ubrań. Dla nas to nie problem. Zresztą Piotrek cały czas chodzi tu brudny, jak nie kurz, to jedzenie. Stopy całkowicie ubrudzone od chodzenia boso, bo nie cierpi sandalow, są one ostatecznościa. Tych stóp, jak to stwierdził mój mąż, do wakacji mu chyba nie domyjemy 😛

Piotrek postanowił uciąć sobie drzemke w drodze powrotnej, czyli zupełnie nie po naszej myśli. Trochę pokrzyzowalo to nasze odpoczynkowe plany, ale co zrobić.

Pozostała część dnia spędziliśmy przechadzajac się po uliczkach Siem Reap oraz nad hotelowym basenem, gdzie Piotrek mógł się w końcu wybiegac. 🙂

K.