Powrót do przeszłości – Italia

To był nasz wielki powrót. Wielki powrót do Włoch po 7 latach. Oj tęskniliśmy, za kawą, lodami, pizzą, makaronami, powietrzem, włoskim luzem.

Na zapełnienie tęsknoty przeznaczyliśmy sobie tydzień.

Początek był trudny. Nasz mały podróżnik zwykle zasypia wcześniej, na dodatek lot był opóźniony, wisienką na torcie był jeszcze fakt własnego miejsca w samolocie i nasz junior był delikatnie mówiąc zaskoczony. Fakt faktem, nie rozmawialiśmy z nim na ten temat wcześniej. Nasz błąd. Kolejne loty były już lepsze 🙂 ostatecznie Piotras przespał cały lot, gdy się obudził, byliśmy już na ziemi.

Zdecydowaliśmy już wcześniej, że odpoczniemy i znajdziemy nocleg niedaleko lotniska. Od naszego guesthouse dzieliło nas 10 minut jazdy busem, bądź 25 minut pieszo. W momencie dotarcia na przystanek busów okazało się, że bus jest obładowany i odjechał (było już grubo po północy). Nie wiedzieliśmy kiedy będzie kolejny, czy nas zawiezie, zabraliśmy zatem tobołki i ruszyliśmy pieszo. Nie spodziewaliśmy się takiego humoru naszego syna. Śpiewał i śmiał się w głos całą drogę 🙂 Był nawet gotów zabrać nas na imprezę do mijanego klubu. Nie skorzystaliśmy z oferty, bo byliśmy bardziej zmęczeni niż on.

Na miejscu poczułam się jak w domu. Pokój bardzo niepozorny, ale niezwykle wygodny. Z dużą łazienką,niedaleko lotniska,przy przystanku autobusowym. Bomba!

Rano ruszyliśmy zdobywać zachód. W ulewie dotarliśmy do centrum Bergamo, gdzie złapaliśmy pociąg do Medialanu. Zdecydowanie woleliśmy oczekiwać na pociąg do La Spezia na dworcu w stolicy mody. Niezwykłym urokiem tego dworca jest to, że tuż po wyjściu z niego znajdziecie przyjemną kawiarnię, gdzie można wypić kawę. Oczywiście, nie usiedliśmy przy stoliku, tylko wypiliśmy przy barze, Piotrek nie sięgał z wiadomych powodów, więc trochę pomogłam 🙂

Dotarliśmy do La Spezia, gdzie spałaszowaliśmy pierwszą pizzę i ruszyliśmy do Vernazzy, by zdążyć na autobus o 19 do San Bernardino, gdzie poprzez AirBnb Paweł wynalazł uroczy nocleg, o tu. Dojechaliśmy, gdzie mieliśmy dojechać. Zadzwoniliśmy do właściciela noclegu, który ostatecznie wysłał nam zdjęcie miejscowości z zaznaczonym domem, klucze od mieszkania były w drzwiach. W ten sposób trafiliśmy do naszego małego lokum na 3 dni. Możecie się domyśleć, że w San Bernardino nie zwykliśmy spotykać ludzi. Przez całe 3 dni minęliśmy właściwie wyłącznie kilku turystów. Urocze, zaskakujące i przerażające jednocześnie. Widoki jednak rekompensowaly początkowy strach.

Tak rozpoczęła się nasza cudna przygoda z „Pięcioma ziemiami”.