Stolica Taj – nadal intensywna.

Nie będę czarować. To Paweł, mój mąż, zorganizował cały plan zwiedzania. Jakże jestem mu wdzięczna, że dziś zaplanował taki chillout.

Na początek zjedliśmy śniadanie w The Coffee Club. Zapłaciliśmy dość sporo, jak na tajskie realia. Pierwszego dnia chcieliśmy, by junior zjadł coś europejskiego, coś, co mieliśmy pewność, że wszama. Ponadto nie chcieliśmy po wczorajszych męczących poszukiwaniach pierożków ryzykować ze śniadaniem. Także jajecznica – checked.

Czy wspomniałam Wam, że wczoraj byliśmy bliscy „tragedii”? Otóż, zgubiliśmy Piotrka sandał! Dwóch par nie mamy, więc Paweł zawrócił i na szczęście but się znalazł. Jakież byłoby nieszczęście, gdyby było inaczej. Ufff…

Po śniadaniu chcieliśmy odetchnąć od zgiełku i wzięliśmy tuk-tuka do Muzeum Jima Thompson’a.

Był on amerykańskim wojskowym i biznesmenem, który tuż po drugiej wojnie światowej zakochał się w Tajlandii i osiadł tam na stałe. Jako wielbiciel azjatyckiej sztuki i architekt z wykształcenia, zachwycił się tajskim budownictwem. Na teren swojej posiadłości przeniósł 7 starych tekowych domostw i połączył je w jedną całość.

Piotrek zachwycał wszystkie tajki swoją obecnością. Przybił niezliczoną liczbę „piątek”. Dostał chyba z 10 figurek origami z papieru. Uśmiechał się do każdego i machał. Byliśmy zaskoczeni odwaga i otwartościa naszego syna.

Choć słońce za chmurami (na szczescie) to jednak 33 stopnie daje w kość. Skrylismy się na chwilę w Lumpini Parku z nadzieją, że nasz pierworodny utnie tam sobie drzemke.

Postanowil to zrobić w centrum handlowym,do którego udaliśmy się ulubionym przez nas i juniora tuk-tukiem. Najśmieszniejsze jest to, że nigdy nie odczuwalam radości z takich małych rzeczy. Piotrek uczy nas, że nie wszystko widać. Dostrzega coś, czego my byśmy nie zauważyli. Pana wiszacego i myjacego okna. Cieszy się na panie sprzątające wiklinowymi miotlami. Macha do kierowców. Uśmiecha się w pedzacym tuk-tuku. Ta podróż byłaby zupełnie inna bez niego. Cieszę się, że jest z nami!

Co będzie jutro? Prawdę mówiąc nie wiem. Najchętniej ucieklibysmy już z miasta do cichszych miejsc. Nie wiedzieliśmy jednak jak poradzimy sobie z aklimatyzacja i jet lagiem. Jest nieźle 🙂 standardowo wrzucam kilka zdjęć, choć i one nie są w stanie oddać tutejszego klimatu, wrzawy, emocji.

Pozdrawiam

K.