Upliscyche

Rano ruszyliśmy metrem do dworca autobusowego Didube. Cel: Gori.

Trzeba pamiętać, że marszrutki są kawałek na prawo od wyjścia z metra, zaraz za ścianą taksówek, minivanow i naganiaczy. Później są normalne kasy, a bilet do Gori kosztuje 3 lari.

Dojeżdżamy, zostawiamy tobołki w hotelu (tak, w hotelu, ale takim co pamięta dobre czasy ZSRR i w nich się zatrzymał) i czym prędzej idziemy łapać następną marszrutke. Naszym prawdziwym celem jest Upliscyche, czyli skalne miasto pochodzące jeszcze z czasów przed Chrystusem.

Jedzie się jakieś 20 minut, koszt to 1 lari, kierowca mówi kiedy wysiąść i gdzie dalej iść. Łatwizna. Do samego miasta trzeba jeszcze dojść 15 minut prostą drogą przez most. Powrót jest też bardzo łatwy. Wracamy w to samo miejsce, tam jest sklep. Pytamy o marszrutke. Albo zaraz sama będzie albo ktoś po nią zazdzwoni 😉

Samo Upliscyche całkiem miło nas zaskoczyło. Poprzednim razem byliśmy w Wardzi, którą ciężko pobić, ale mimo wszystko tutaj jest na co popatrzeć i gdzie połazić. Sporo się zachowało, jak na miasto, które w okresie rozkwitu zamieszkiwało 20 tyś. mieszkańców. W czasach starożytnych była to siedziba królów i ważny punkt na trasie karawan. Jedyna niespodzianka to cena. Jeszcze do niedawna było 3 lari, a tu nagle 7 lari. Dalej warto.

Wieczorem wracamy do Gori. Krótki spacer aleją Stalina, zwiedzanie rodzinnego domu oraz prywatnego wagonu wyżej wspomnianego. Do samego muzeum nie wychodzimy. Wszyscy piszą, że nie warto, cena 10 lari wygórowana, więc odpuszczamy. A właśnie, bo nie każdy wie, że towarzysz Józef Stalin to był Gruzin, który wychował się właśnie w Gori.

No nic, miły dzień dobiegł końca. Czas na obiad i misję „kąpanie i usypianie Piotrka”.

P.